poniedziałek, 14 października 2013

Rydze, rydzunie!

Dziś krótko i na temat. RYDZE!

Czyszczenie: Pamiętajcie, najpierw płuczemy w zimnej wodzie, potem osuszamy i czyścimy delikatnie, najlepiej ręcznikiem papierowym, blaszki - z piasku i ściółki. Potem płuczemy raz jeszcze i dobrze suszymy. Dopiero dobrze osuszone - smażymy.

Jak smażymy? TYLKO na maśle. Najlepiej klarowanym. 

Z czym podajemy? Z pieczywem! Nic więcej nie dodajemy, nie zabijajmy ich smaku, bardzo was proszę! Solimy najlepiej dopiero na talerzu - bo na patelni będą pryskać. Lekko pieprzymy. No, ewentualnie możecie posypać je świeżą natką. I popić białym winem. Lub czarną herbatą. Nic dodać, nic ująć. O! Rozkoszy!

wtorek, 8 października 2013

Nie czosnek a CZOSNKI

Mało kto wie, że kwiatki rabatowe - czosnki ozdobne - to nie tylko kwiatki! Łodygi są pyszne, jadalne i lekko czosnkowe. Stanowią idealny dodatek do dań, zwłaszcza chińskich. I o jednym z tych dań, CZOSNKACH Z NITKAMI WIEPRZOWYMI chcemy wam dzisiaj napisać. Dlaczego? Bo wydaje się niezwykle jesienne. O tej porze roku wciąż jeszcze dostaniecie czosnki na tych bogatszych stoiskach warzywnych. Bo czosnek kwitnie późnym latem i kwitnie jesienią.

Czego potrzebujemy?

- kilku łodyg czosnków ozdobnych (kwiatostany zostawić możemy do przybrania talerza)
- kawałka wieprzowiny (osobiście używałam polędwiczek)
- zielonej papryki
- 1 cebuli
- sosu teryaki
- pasty z czarnej fasoli
- białego ryżu
- 1 jajka
- soli, pieprzu - minimalnie - do smaku

Danie przygotowujemy w woku. Ryż obok, smażymy ugotowany już, z rozbełtanym jajkiem, na patelni.

Na rozgrzaną oliwę wrzucamy cebulę i pokrojoną w cienkie paseczki zieloną paprykę. Kiedy warzywa zmiękną i ładnie się zrumienią dodajemy pokrojone w podobne niteczki: wieprzowinę i czosnki. Podlewamy sosem teryaki i dodajemy 2-3 łyżki (nie więcej, i tak (mimo, że jest pyszna) śmierdzi) pasty z czarnej fasoli. Wszystko to dusimy razem przez moment aż do zmięknięcia łodyg czosnków. I zrobione. 

Podajemy z ryżem, talerz przyozdabiamy soczyście fioletowymi kwiatami. Jest pięknie, orientalnie i pysznie. Smacznego!

* mała uwaga - może być wołowina! 

poniedziałek, 7 października 2013

Aaaaaaaa niech to! Szukamy kucharza!

Mogłabym znów rozpisać się, załamana, o kolejnym odcinku Master Chefa, ale na szczęście, moje i wasze, muszę zamieścić dziś ważne ogłoszenie parafialne skierowane do takich jak ja. Oto co następuje: 

Granice Smaku poszukują partnera do jednego, konkretnego projektu. Projekt ma być zarobkowy, rzecz jasna, jednak zanim to nastąpi należy go przygotować pro bono. Także lojalnie uprzedzamy, że pierwsze tygodnie luźnej współpracy nie zabiorą może wiele czasu, lecz z pewnością nie przyniosą również,  oczekiwanych dopiero później, dochodów. 


Kogo szukamy? 

- Kucharza – pasjonaty. Może być amatorem, może być zawodowcem.  Ale musi umieć gotować, mówić o tym i mieć doskonałe wyczucie smaku. 

- Chętniej mężczyzny, ale nic nie jest przesądzone. Dziewczyny „z jajami” także mile widziane.

- Osoby inteligentnej i wygadanej, która łatwo nawiązuje kontakt z otoczeniem, jest lubiana i (co ważniejsze) lubi ludzi.

Szukamy osób głownie z Warszawy lub takich, które będą mogły tu dojeżdżać. Prosimy o wysyłanie swoich kandydatur na adres info@granicesmaku.pl (najchętniej ze zdjęciem i, jeśli prowadzicie, adresem bloga)

środa, 2 października 2013

Nein, Nigella!

Z Nigellą mam problem. Z jednej strony lubię jej programy i uważam, że mimo ciasnego gorsetu jest raczej miła i wyluzowana, z drugiej jednak nie mogę ukryć wrażenia, że nie umie (tak zawodowo) gotować. Myślę, że reprezentuje niższy niż mój własny poziom (wie jak, ma smak i dobrą intuicję (tak, ja mam lepszą ;)), wie co z czym połączyć), ale nie skończyła żadnej szkoły przez co dość nieudonie pokazuje procesy przygotowania. Jednego nie mogę jej odmówić - lubi to! I to właśnie  lubienie widać w jej programach. 

Przez moment bardzo zbulwersowałam się, kiedy poznałam jej prywatną historię. Kiedy dowiedziałam się, że zaistniała dzięki dokumentowi BBC w którym, niemalże na żywo, umierał na raka jej mąż. Potem doszedł fakt, że kiedy jeszcze żył (John Diamond był jednym z najbardziej znanych brytyjskich dziennikarzy), Nigella wdała się w romans z milionerem Saatchim. Potem mąż umarł, ona poślubiła milionera i została jedną z najbardziej znanych kucharek monarchii. Przypadek? Nie sądzę. Jednakże w połączeniu z ładną buzią i miłością do jedzenia stworzyła sobie przepis na sukces. Moment bulwersacji przeminął, uznałam, że jej życie prywatne to tylko i wyłącznie jej sprawa i zarówno tym jak i efektem jojo, przyciasnym gorsetem nie będę się przejmowała, skupiając się jedynie na gotowaniu. 

Także w kwestii gotowania - Nigella raz umie, raz nie umie. Pomysły ma ciekawe, szybkie i domowe, jednak po kilkunastu odcinkach jej potrawy zaczynają być nudne i przewidywalne. Do tego te włosy! Podejrzewam, że każdy przepis przewiduje jeden włos na potrawę. I to bardzo, bardzo mnie denerwuje. Tak, można je związać!

Co lubię? Nieliczenie kalorii i niedbałość przy dobieraniu składników. Nic nie wpienia bardziej niż menzurki (np. u Pascala Brodnickiego) i (przepraszam najmocniej) pieprzenie: 250mg tego, 128g tamtego. Garści moi drodzy! Kubki! Szklanki, szczypty i łyżeczki - to prawdziwe miarki kucharskie. Tak, wiem jak ważne są proporcje przy cieście, ale pokażcie mi jedną tylko osobę gotującą z pasją, która aż tak dokładnie odmierza. A Nigella? Sypie, dodaje kubek, filiżankę, odrobinę. I to bardzo mi w niej pasuje.

Ogólnie jednak, już tak ogólnie, nie, nie lubię jej programów. Znudziły mi się. Jest ładna, ale brakuje mi w niej charyzmy jaką posiada chociażby, wspomniany kilka dni temu, Anthony Bourdain. Wydaje się, że niewiele wnosi do kuchni odkrywczego, niewiele o niej opowiada, nie potrafi równolegle do gotowania robić show i snuć historii (co lubię ja). Trzaska swoje przepisy miło i poprawnie, bez większego polotu i bez fantazji. A to fantazja właśnie jest od tego, aby bawić się na całego.

wtorek, 1 października 2013

CHIPSY Z ŁOSOSIA i krem z ziemniaków

Dziś, zgodnie z obietnicą daną Wam wczoraj, opiszę danie, które jadłam na ślubie przyjaciółki w Danii w jednej z lepszych kopenhaskich restauracji - krem ziemniaczany okraszony prażonym łososiem. Nie mam pewności co do przypraw, natomiast kiedy próbowałam robić go w domu osiągnęłam niemalże perfekcję. Dlatego wydaje mi się, że podaję Wam przepis dokładnie taki, jaki powinien być podany. 

Niezbędne składniki to:

- Kawałek wędzonego łososia (lub, mocno ewentualnie - boczek)
- Ziemniaki
- Mleko lub śmietana 18%
- Cebula
- Pietruszka
- Czosnek
- Bulion
- Gałka muszkatołowa, sól, pieprz, kminek mielony, imbir (najlepiej świeży)


No i tak. Pieczemy ziemniaki (w mundurkach!), pietruszkę, cebulę i czosnek. Czosnku 2 ząbki, dosłownie. Cebulę jedną lub dwie. Ziemniaki na oko (nie wiem ile chcecie mieć zupy). Po upieczeniu ziemniaki obieramy i wrzucamy do garnka. Wrzucamy też czosnek, cebulę i przyprawy. Zalewamy bulionem, doprawiamy, dusimy razem około 15 minut. Następnie miksujemy i zaprawiamy mlekiem lub śmietaną (ja zawsze mlekiem). 
Prażynki (tytułowe chipsy) łososiowe przygotowujemy prażąc kawałki wędzonego łososia na głębokim tłuszczu, aż do miłej dla podniebienia chrupkości (nie mogą być ani za twarde, ani za miękkie, sami musicie popróbować). W wersji bardziej polskiej możecie zastąpić rybę skwarkami z boczku, jednak nie będzie to już to samo. Możecie też połączyć łososia z boczkiem (w końcu płaty łososia grillowane, owinięte plastrami boczku to hit każdych wakacji przy grillu). Do łososia i boczku pasuje też odpowiednio koperek/natka do kolejnego okraszenia zupy. To wszystko na dziś, smacznego.


poniedziałek, 30 września 2013

Master "Żenua" Chef

Dziś zamiast przepisu – pojazd po polskiej edycji Master Chef. Jestem zawiedziona, oburzona i skonfundowana. Po całości. W skrócie napiszę Wam dlaczego. Oto dlaczego:

Prowadzący

Z prowadzącycymi jest tak, że rzucili nam Magdę Gessler, króra jest ciekawa. Lubi się albo się nie lubi, ale zapamiętuje się ją z pewnością, ponieważ jest „jakaś”. Podobnie Pan Francuz, który w odróżnieniu od Pascala nie udaje i stara się ładnie mówić po polsku. A do tego „oddaj fartucha” i inne „neolingwizmy” rodzące się w jego ustach brzmią uroczo. Tylko powiedzcie mi kim jest Ania Starrmach, która wydaje się nie znać na kuchni, nie umie się ubrać (lub tupnąć nogą na stylistów) ani ładnie wypowiadać po polsku. Jest całkiem nijaka i w moim odczuciu bardzo irytująca. Skąd się wzięła? Dlaczego ona?

Uczestnicy

Zastanawia mnie jaki poziom reprezentować mają uczestnicy programu. Ponieważ wydaje się, że wszystko to jest jednym wielkim teatrzykiem kukiełkowym, nie zaś walką najlepszych. Przy zadaniu z ziemniakami kompletnie opadły mi kokardy. NIKT nie zrobił frytek. NIKT nie pomyślał o musace. Ba! Nikt nie zrobił kremu z ziemniaków i nie podał go z chipsami łososiowymi (chyba jutro rozpiszę Wam przepis na to!). Co to za kucharze, którzy smażą placki i robią puree i tylko na tyle starcza im wyobraźni. Ja się pytam, gdzie była kartofelsalad?! 
 
Zadania

Wczorajsze zadanie przyprawiło mnie o nieprzyjemną chęć sięgnięcia po pilota i pożegnania się z programem raz na zawsze. Dlaczego? Ponieważ według jury kucharz, który pomyli pietruszkę z pasternakiem jest skreślony. Co więcej! Podejrzewam, że ci, którzy dokonali owej pomyłki doskonale znali nazwy przynajmniej 10 innych produktów znajdujących się na „egzotycznym” stole. Ręce opadają. Chociaż z drugiej strony opada wszystko inne bo wystarczyło minimalnie ruszyć głową aby domyślić się, że nie położonoby pietruszki na stół z produktami natury nietypowej. 

No i tak. Proszę, pohejtujcie ze mną, bo nie chciałabym wyjść na czepialską zołzę podczas kiedy Wy zachwyceni jesteście zarówno zadaniami jak i całą resztą. Dziękuję, pozdrawiam, napiszę jutro o tym kremie ziemniaczanym, bo jest fenomenalny.

piątek, 27 września 2013

Łzy w kuchni, podzielcie się.

Ponieważ mamy piąteczek nie będzie przepisu. Nie będzie opowieści o kuchni. Będzie opowieść o programach kulinarnych, które irytują lub zachwycają.

Zacznijmy od Anthonego Bourdain'a, który jako JEDYNY do tej pory sprawił, że popłakałam się oglądając program kulinarny. Estetyka jego podróży po Rzymie wzruszyła mnie do łez. Naprawdę, nie przesadzam. Jego programy są wyjątkowe i profesjonalne. Uwielbiam go jako prowadzącego i jako kucharza. Absolutnie.

Lubię Jamiego Olivera. Głównie za przepisy - bo przecież nie za dykcję i aparycję ;)

Nie lubię Nigelli i nie lubię polskiej edycji Master Chef. Nie tylko ze względu na Anię Starmach (chrońmnieboże), ale ogólnie. Nie lubię też Pascala Brodnickiego. Okrasę cenię, jednak estetyka jego programu odstrasza. Ewa Wachowicz, tak bardzo lubiana przez moich rodziców, zupełnie do mnie nie przemawia. A bawi? Program kulinarny na jakiejś katolickiej stacji (puls?) gdzie puszysty pan z brodą, w garniturze, opowiada o jedzeniu a milczący kucharz gotuje. 

Co dalej? Globe Cooker. Francuz, który podczas swoich kulinarnych podróży uczy mnie ciekawostek. To dzięki niemu wiem, że w Libanie żyją 3 miliony Libańczyków, podczas gdy w Brazylii żyje ich prawie 10 milionów (!). No i nieżyjący już Floyd, który chociaż wypijał butelkę wina robiąc jedną potrawę, był jednym z najbardziej uroczych kucharzy świata.

Makłowicz już mnie nudzi. Martha Steward, choć profesjonalna i można się wiele od niej nauczyć, jest za sztywna. O! Jest takim pomieszaniem naszych polskich Rozenek i Wachowicz właśnie, przez co zupełnie mnie odrzuca. I jeszcze Pan Łapanowski, którego talentu nie będę podważać, ale nóż w kieszeni mi się otwiera, ponieważ nie potrafi zbudować on ani jednego zdania po polsku ;)

No, to nagadałam się porannie. W sumie najbardziej ciekawa jestem Waszych opinii. Napiszcie parę słów o Waszych ulubionych programach kulinarnych. Możecie tu, możecie na fejsie. Czekamy.